| |
Minęło
już dziesięć lat, odkąd nakładem nieistniejącej obecnie wytwórni Castle
von Buhler ukazał się debiutancki i jedyny zarazem album THE MOORS -
zatytułowany po prostu "The Moors". Po co więc wracać do nagrania, które
powstało dekadę temu?
Powody ku temu znalazłyby się co najmniej dwa. Po pierwsze, ten pięknie
wydany i trudno przez lata dostępny album został świeżo wznowiony przez
Forest Of The Fae, sublabel Dark Symphonies, a dorosło pokolenie
słuchaczy, które nie miało okazji zapoznać się z dorobkiem bostońskiego
duetu; po drugie zaś, mimo upływu lat ta muzyka brzmi zaskakująco
świeżo.
Co zatem decyduje o ponadczasowości materiału zawartego na "The Moors"?
Nastrojowe melodie, oparte na bogatym, tak tradycyjnym - jak flet czy
harfa - jak i na współczesnym instrumentarium, bronią się nie tylko samą
doskonałością kompozycji.
Ta melodyjna muzyka uwodzi, przykuwa uwagę słuchacza już od pierwszych
taktów. Odwołując się do mitów, pradawnych obrzędów i szamańskich
tradycji, odwołuje się tym samym do doświadczenia uniwersalnego.
Uwodzi zresztą nie tylko muzyka - magnetyzuje także niski głos
wokalistki, Sharynne Nic Macha - raz mocny i zdecydowany, innym razem
zwodniczo łagodniejący; śpiewający i deklamujący teksty w wielu
językach, tak w Gaelic, jak i w języku angielskim, a także bułgarskim,
francuskim i łacińskim, swym brzmieniem jak klamrą spinając je w
harmonijną całość. Głos należący - nie mam wątpliwości - do kobiety
silnej i świadomej.
Całość daje efekt hipnotyzujący, mistyczny nawet; płytę, której
znakomicie słucha się tak w ciepły majowy wieczór, jak i w zimną
jesienną noc.
Płytę, do której chce się wracać - mimo, że wrażenie końcowe nieco psuje
melodia 10, dodatkowego utworu, melodia znajoma, acz ze zmienionymi
słowami, niepasująca moim zdaniem do reszty albumu; ja jednak z serca
wybaczam tę drobną skazę. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po ten krążek -
naprawdę warto. |
|