| |
Drugiego grudnia 2006 roku
w Londynie, odbył się koncert trzech uznanych artystów z neofolkowego
kręgu - SOL INVICTUS, ROSE ROVINE E AMANTI oraz ANDREW KINGA.
Szczęśliwcy, którzy mieli przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu
otrzymali również jako bonus potrójny split wyżej wymienionych artystów,
wraz z dodatkową książeczką zawierającą teksty. Reszta świata (w tym ja)
niestety musi zadowolić się "okrojoną" wersją płyty, którą na światło
dzienne wypuściła angielska Cold Spring.
Płyta, jak sam tytuł wskazuje, poświęcona jest Londynowi w jego
mitologicznym aspekcie. Otwierający wydawnictwo SOL INVICTUS oferuje
dokładnie to, z czego jest znany i ceniony od dwudziestu lat. Trzy
melancholijne ballady, w których prym wiedzie gitara i charakterystyczny
głos Tony'ego Wakeforda. Głos, który jedni akceptują bez zmrużenia
okiem, innych zaś drażni i przeszkadza w odpowiednim odbiorze muzyki.
Nie ukrywam, że zaliczam się raczej do tej drugiej grupy. W kilku
momentach Wakeforda wsparł wokalnie ANDREW KING, i nie da się ukryć, że
wyszło to na dobre piosenkom SOL INVICTUS. Instrumentalnie natomiast
wszystko jest na swoim miejscu - oprócz gitary akustycznej słychać tu
również skrzypce, flet, a w ostatnim numerze także gitarę elektryczną.
Zespół prezentuje się nieźle, choć faktem jest, że w przeszłości
zdarzyło się Wakefordowi nagrać kilka ciekawszych numerów.
ROSE ROVINE E AMANTI po znakomitej "Rituale Romanum" nie zwalnia tempa.
Pierwszy utwór Włochów nawiązujący do szekspirowskiego "Snu Nocy
Letniej" to przepiękna, autentycznie wzruszająca ballada, niezwykle
emocjonalnie odśpiewana przez Damiano oraz wspomagającą go swym
anielskim głosem Florianę D'Eluterio. Także dwa kolejne numery niewiele
ustępują poprzedniemu. Zwraca uwagę zwłaszcza drugi w kolejności "Roma (fulcro
dell'Impero)", z charakterystyczną dla tego projektu mandoliną,
dramatycznymi uderzeniami perkusji, oraz wokalnym wkładem Josefa K. z
VON THRONSTAHL.
Z kolei w utworach ANDREW KINGA (którego ryciny stanowią oprawę
graficzną płyty) na pierwszy plan zdecydowanie wybija się śpiew artysty.
Niesamowity jest "When the bells justle in the tower". Na tle padającego
deszczu i bijącego gdzieś w oddali dzwonu KING niczym jakiś
średniowieczny trubadur snuje swoją historię spokojnie, acz w kilku
momentach unosząc się gniewem. W pozostałych kawałkach jest podobnie.
Podkład instrumentalny ograniczono do minimum, trochę tu dźwięków
otoczenia (np. stukot końskich kopyt ciągnących wóz po londyńskiej
kostce brukowej). Nad całością góruje jednak charakterystyczny wokal
muzyka. Choć muzycznie najciekawiej wypadli Włosi z ROSE ROVINE E AMANTI,
to wydaje mi się, że w koncept płyty najlepiej wpasował się właśnie
ANDREW KING.
Warte uwagi jest to wydawnictwo, prezentujące jakby trzy "pokolenia"
neofolkowej sceny. Z tarczą wychodzi włoska młodzież, ale i starzy
wyjadacze wypadli całkiem nieźle. Polecam. |
|