| |
Ależ zacna produkcja! Trwa raptem
około siedemnastu minut, ale gdy tylko wybrzmi ostatni dźwięk ostatniego
utworu, natychmiast ma się ochotę zapuścić "Bulli e pupe" jeszcze raz.
Płyta ta jest efektem współpracy dwóch projektów: NOVY SVET i
dream-teamu znanego pod nazwą FORESTA DI FERRO (m.in członkowie OSTARA,
KNIFELADDER). Po takim zestawie można było oczekiwać rzeczy co najmniej
nieprzeciętnych. I takie faktycznie otrzymujemy. Znów panuje tu klimat
do jakiego NOVY SVET zdążył już nas przyzwyczaić. Psychodelia miesza się
z dekadencją, a całość dodatkowo podszyta jest tęsknotą za czasami
minionymi, dokładniej za pierwszą połową dwudziestego wieku. Na
szczególną uwagę zasługują tu moim zdaniem dwa utwory. Drugi w
kolejności, "Senza amori ne eroi" charakteryzuje się kapitalnymi
wokalami oraz świetnie budowanym napięciem prowadzącym do przejmującego
finału. To najbardziej dramatyczny utwór na "Bulli e pupe". Cholernie
żałuję, iż po włosku rozumiem tylko "tifosi", "stranieri" i "spaghetti",
bo bardzo mnie ciekawi o czym traktuje tekst tego kawałka. Zaraz po nim
otrzymujemy coś zgoła innego. "Malavita" wpada w bardziej jazzujące
klimaty przywodzące na myśl filmy noir z lat czterdziestych - zadymione
knajpy, mężczyźni w długich szarych prochowcach i kapeluszach spod
których nie widać twarzy i obowiązkowa femme fatale w długiej czerwonej
sukni... Chwilami przypomina mi to trochę to, co stworzył ILDFROST na
swojej części "Possum play falcon".
Pozostałe trzy utwory niewiele odbiegają poziomem od tych wyżej przeze
mnie opisanych. Muzyka ta od razu wpada w ucho i trudno się potem od
niej uwolnić. Naprawdę, aż żal ściska, że to tylko marne siedemnaście
minut. Każdy miłośnik takiej muzy winien zaopatrzyć się w "Bulli e pupe"
najprędzej jak to możliwe. |
|