| |
Oj, dawno się tak nie wynudziłem. Po
opisywanym gdzieś wyżej splicie pana Maurizio z LAND USE liczyłem na
podobną dawkę mrocznych ambientowo / industrialnych dźwięków, ale
niestety się przeliczyłem i to sromotnie. Płyta o jakże zakręconym
tytule "M.I. NHEEM ALYSM" przynosi nam trzy walcowatej długości kawałki,
które faktycznie można określić mianem minimalistycznych. Cała muzyka to
raptem tylko keyboard i pianino, tak więc trudno w tym momencie o
rewelację. Poza kilkoma akordami na krzyż nic tu praktycznie nie ma,
przez co miałem nie lada problem, aby przebrnąć do końca przez ten
album. Poza kilkoma (podkreślam kilkoma) ciekawszymi fragmentami trudno
znaleźć na tym krążku coś interesującego. Kwintesencją żenady okazał się
drugi utwór na płycie - totalnie popieprzony kawałek z przerywaną co
parę sekund muzyką. Przez chwile nawet myślałem, że odtwarzacz mi się
zaczął zacinać, ale nic z tych rzeczy, to po prostu dziwna "muzyka" (hehe,
no dobra, symulacja muzyki:)) pana Maurizio. Ciężko mi jest coś więcej
napisać o tym krążku, mamy tu po prostu skrajny minimalizm w negatywnym
znaczeniu tego słowa. Absolutnie nikomu nie polecam tego albumu, no
chyba, że ktoś cierpi na bezsenność, albo planuje niechciany prezent pod
choinkę dla mało lubianego członka rodziny. Pan Maurizio doprowadził
mnie tą płytą tylko i wyłącznie do irytacji. Konkludując, taka z "M.I.
NHEEM ALYSM" dobra płyta, jak ze mnie etiopski rebeliant z leśnej armii.
|
|