| |
Skull Line to trochę taki "cedeerowy"
Steinklang. Muzycznie bowiem większość wydawnictw Skull Line to
bardzo rytmiczne a nawet "dyskotekowe" hałasy, z których słynął
porównywany właśnie Steinkalng jeszcze nie tak dawno.
Tym razem pan Harald uraczył nas debiutanckim albumem
Szwajcarskiego projektu GRABSTEIN o jakże dobitnym tytule "Wargasm".
I jak się można domyślać nie dostajemy tu spokojnych i miłych dla
uszu dźwięków. Zaczyna się co prawda dość spokojnie - po wyjącej
syrenie alarmowej mamy nieco tajemnicze, pełne niepokoju delikatne
ambientowe tło z nałożonymi samplami zabaw dzieci i jakiś
przemówień. Jednak to tylko chwilowa sielanka i przedsmak to
"ataku", który następuje po kilku minutach. Muzyka przechodzi
bowiem w bardziej zgrzytliwe, industrialne dźwięki, dostajemy całą
masę sampli z przemówieniami wojennymi wiadomo kogo - ostatnia
płyta ARBEIT się kłania. Do tego sporo pieśni i melodii
militarnych - tym razem przed oczyma staje DER BLUTHARSCH czy A
CHALLENGE OF HONOUR. I tak właściwie przez ponad 50 minut mamy
jedno i to samo niestety. Oryginalności i własnej muzyki jest w
GRABSTEIN znikoma ilość, bowiem większość to wykorzystane i
wklejane gdzie tylko się da sample, które zapewne każdy fan
militarnych klimatów zna już na pamięć (co ciekawe wychwyciłem
także polskie radiowe sample). I to w zasadzie tyle. Wszystkie 10
kompozycji brzmi jak soundtrack do wojennego filmu dokumentalnego,
a nie jako muzyka stworzona przez projekt muzyczny. Jedyne co
GRABSTEIN prezentuje od siebie, to industrialne zgrzyty i
momentami noise'owe trzaski z elementami bardziej ambientowymi i
nic ponadto. Na dobrą sprawę, jeśliby wyrzucić sample to muzyki
samej muzyki GRABSTEIN pozostało by może z 15 minut. Mało to
oryginalne i dość już męczące przyznacie sami. Ile w końcu można
wrzucać ciągle te same sample!? Być może osoba odpowiedzialna za
ów projekt chciała stworzyć militarno-muzyczny dokument, ale
naprawdę nie wyszło to zbyt dobrze. I mimo, że można sobie tego
posłuchać, to po drugim razie całość robi się strasznie nudna i
przeżyta.
Osobiście radziłbym GRABSTEIN pomyśleć nad własnym stylem i
oryginalnością bo póki co jest z tym krucho niestety. I nawet nie
zmienia tego faktu umieszczenie 50-sekundowego kawałka bazującego
na "odgłosach" z filmu porno... Opętanym maniakom militarnych
sampli jak najbardziej polecam, natomiast jeśli ktoś szuka w
muzyce czegoś więcej niż odgrzewany w kółko kotlet to może śmiało
sobie darować "Wargasm". Ja tu niestety ani War ani Orgasm'u nie
dostałem. |
|