| |
FORGOTTEN SUNRISE poznałem już
jakiś czas temu dzięki kompilacji wydanej przez litewski Dangus
Records, ale jak do tej pory nie miałem okazji do wsłuchania się w
pełnowymiarowe krążki tego chyba najbardziej znanego estońskiego
projektu działającego już od 16 lat!.
Co prawda muzyka, którą serwuje pan Anders Melts i spółka nie
należy do zbyt często goszczących w moim odtwarzaczu, gdyż nie
należę do wielkich maniaków elektronicznej łupanki, to mimo
wszystko "Willand" jawi się całkiem nieźle. Jeśli mieliście
wcześniej styczność z twórczością tej grupy to wiecie czego sie
spodziewać. 12 utworów wchodzących w skład "Willand" to ostra,
elektroniczna muza z elementami bardziej rockowymi. Podstawa to
rzecz jasna klawiszowe, elektroniczne pasaże opatrzone wybijającym
rytm beatem oraz przewijającym się praktycznie w każdym utworze
wokalem Andersa. Wytwórnia opisuje ten album jako "apokaliptyczne
dźwięki przyszłości" czego ja za bardzo nie będę komentował nawet.
Fakt faktem, że większość kompozycji posiada swój "klimat" i
całkiem miło wpadają one w ucho (zwłaszcza te z wykorzystaną
gitarą elektryczną) tak więc popularnie mówiąc "nóżka chodzi". Z
tego co się także wczytałem, "Willand" jest pierwszym albumem bez
kobiecych wokali Gerty Villo i mojej opinii było to całkiem dobre
posunięcie. Minusem do którego można by się doczepić jest jednak
długość trwania tej płyty - ponad 70 minut, co jak dla mnie jest
zdecydowanie za długo i podejrzewam że dla fanów gotyckiego
electro (pewnie się teraz narażę co niektórym, ale sam zespół tak
się określa) grubo ponad godzina takich samych dźwięków może
najzwyczajniej w świecie znużyć.
Reasumując nie ma sensu abym dodawał coś więcej w tym miejscu,
jeśli po prostu lubicie beatową, elektroniczną muzę z lekkim
zabarwieniem rockowo-gotyckim i ostrym wokalem to możecie sięgnąć
po FORGOTTEN SUNRISE. Mi raz na pół roku starczy, bo wiem, że
częściej nie będę sięgał po ten krążek, jednak podkreślam, że "Willand"
to całkiem niezły materiał ale tylko dla zagorzałych maniaków. |
|