| |
Miałem ostatnio spore problemy z
zabraniem się do jakiejkolwiek recenzji. Nie wynikało to bynajmniej z
jakiejś "niemocy twórczej". Powód był o wiele bardziej prozaiczny.
Podczas ostatnich kilku tygodni właściwie nie słuchałem innych płyt.
Tylko tej jednej. Nowej produkcji DER BLUTHARSCH. "When did wonderland
end".
Płytę otwiera fragment "Lili Marleen" w wersji "pozytywkowej", a potem
zaczyna sie niezła jazda. Albin Julius i spółka wznieśli się na wyżyny
swoich możliwości i nagrali płytę znakomitą. Faktem jest, że różni się
ona diametralnie od starszych albumów, zawiera raczej darkrockowe
piosenki niż monumentalne hymny, ale w żadnym przypadku nie uważam tego
za wadę. Wręcz przeciwnie, muzyka Austriaków stała się bardziej
chwytliwa i przebojowa, można wręcz powiedzieć, że hit goni hit. Ale ten
jakże charakterystyczny dla DER BLUTHARSCH klimat wciąż pozostaje ten
sam. Wielką siłą "When did wonderland end" są znakomite wokale, zarówno
męskie jak i kobiece. Również bogactwo użytych instrumentów robi
wrażenie - gitara akustyczna, basowa, skrzypce, akordeon to tylko czubek
góry lodowej. A wszystko komponuje się ze sobą idealnie, utwory są
przemyślane, nie za długie, kończące się dokładnie w tym momencie kiedy
powinny. Chwilami przypomina mi to niektóre piosenki DAVIDA BOWIE,
czasem bardzo wczesne SISTERS OF MERCY, ale całość kipi tak niesłychaną
energią o jakiej dziadkowie David i Andrew mogliby tylko pomarzyć.
Wystarczy posłuchać choćby takiego kawałka numer 9, galopującego niczym
muzyka w filmach opowiadających o Dzikim Zachodzie, a jednocześnie
podbitego nostalgicznym klimatem. Myślę, że taki Peckinpah gdyby żył,
mógłby spokojnie wykorzystać ten numer w jednym ze swoich wywrotowych
westernów. Przyznam szczerze, że nie jestem miłośnikiem koncertów,
preferuję raczej słuchanie muzyki w domowym zaciszu, ale wiele bym dał
żeby zobaczyć Austriaków na żywo. Myślę że by nas zmiażdżyli.
Fantastyczna płyta! |
|