| |
Izraelski The Eastern Front
znów w natarciu. W zasadzie każde kolejne wydawnictwo Igora i
Tanyi daje mi nieźle do myślenia. Powód jest taki, iż wydawnictwa
dobre i interesujace są przeplatane bardzo przeciętnymi (żeby nie
powiedzieć słabymi) i na dobrą sprawę gdy dostaje kolejną
przesyłkę z Izraela zawsze się zastanawiam co też tym razem
"zmajstrowali" osoby odpowiedzialne za ów label.
Tym razem mamy najnowsze "dzieło" niemieckiego projektu BLEIBURG,
a ściślej mówiąc utwory skomponowane na przestrzeni kilku
ostatnich lat i z góry uprzedzając fakty powiem, że całość jest
pokręcona niczym drut kolczasty. Trzeba jeszcze wspomnieć w tym
momencie, iż "Way Of Crosses" została wydana 15 maja w rocznice
działań wojennych 15 maja 1945 roku. Tyle gwoli formalności.
Co do samej muzyki, to początek płytki jest nad wyraz obiecujący i
powalający wręcz - utwór "Advocatus Dei" skomponowany we
współpracy z węgierskim LARRNAKH (uboczny projekt CAWATANY)
niezwykle energetyczny, wypełniony kotłami, potężnymi klawiszami
oraz wokalem w języku węgierskim - śmierdzi CAWATANĄ na maksa, ale
miło się tego słucha. Im bardziej jednak zagłębiamy się dalej w "Way
Of Crosses" tym bardziej ja osobiście mam bardzo mieszane
odczucia. Klimat bowiem zmienia się jak w kalejdoskopie - "Der
Meldereiter" rytmiczny, beatowy kawałek z jakimiś przemówieniami w
języku niemieckim, co jakoś do mnie nie przemówiło, dalej jeszcze
bardziej dziwnie - elektroniczne, toporne nieco beaty, nieco
eksperymentalnych dźwięków, od czasu do czasu kobiecy wokal, przez
co ja się zdążyłem nieźle pogubić w muzyce BLEIBURG. I tak w
zasadzie mamy przez całą płytę - elektronika, gdzie niegdzie stara
przedwojenna piosenka, elementy dark ambientowe, eksperymentalne,
jakieś sample z przemówieniami wojennymi (nawiasem mówiąc mało
oryginalne...) i nic ponadto. Odnoszę wrażenie, że BLEIBURG cały
czas nie może znaleźć własnego stylu i ciągle poszukuje nowych
rozwiązań, ale niestety póki co nie jest z tym zbyt dobrze. Poza
tym przestało mnie już bawić zamieszczanie całej masy starych
sampli z pieśniami i przemówieniami, gdyż jak dla mnie trochę to
pójście na łatwiznę i tzw. "zapchaj-dziura". Na dobrą sprawę po
wysłuchaniu pierwszego kapitalnego "Advocatus Dei" mam ochotę
wyjąć krążek z odtwarzacza i odłożyć całość na półkę. Mało to
oryginalne i zarazem dość mało interesujące no chyba, że kogoś
kręci mieszanie elektronicznych beatów z samplami i piosenkami
przedwojennymi, mnie jednak to nie kręci i wiem, że poprzestanę na
pierwszym kawałku jeśli chodzi o przygodę z "Way Of Crosses" a
szkoda... |
|