| |
I oto kolejna produkcja mistrza
kiczu BLEIBURG tym razem z projektem MANMACHINE. Swoją drogą nie
mogę pojąć jak to możliwe, że na zachodzie ludzie mają taki obłęd
na punkcie BLEIBURG... No chyba, że to ze mną jest coś nie tak i
to ja jestem jakiś zblazowany, że mi się to nie podoba. Tak czy
owak jest to już kolejny materiał tego projektu, jaki ujrzał
światło dzienne dzięki Haraldowi i Skull Line. Jak zawsze w
przypadku tego niemieckiego labelu wydawnictwo cieszy oczy - tym
razem mamy box o wymiarach 21x17x8 cm zawierający oprócz dwóch
płyt m.in. także T-shirt, a całość jest limitowane do obłędnej
ilości 45 egzemplarzy!!
Podchodziłem do "History of Flames" jak jeż do słonicy, wszak to
aż dwie płyty a mój stosunek do wymienionego wyżej BLEIBURG jest
raczej wiadomy, no ale zacisnąłem zęby, przygotowałem środki
przeciwbólowe, uspokajające i antywymiotne i jakoś poszło.
Obydwa projekty stworzyły materiał wspólnie bez podziału na część
BLEIBURG i MANMACHINE, jednak tak jak się spodziewałem żadnej
rewelacji nie dostałem. Grubo ponad dwie godziny baaaardzo
przeciętnej, trywialnej i na dłuższą metę irytującej muzy, która
aż sama się prosi, aby ją wyrzucić z odtwarzacza. Nic oryginalnego
tu nie dostajemy, w znacznej mierze utwory oparte są na płaskim,
"kwadratowym" beat'cie nałożonym na elektroniczne dźwięki oraz
"upiększone" o wplecione tu i ówdzie sample z jakimiś nudnymi
przemówieniami czy recytacjami. I jeśli myślicie, że jest to
wesołe electro do tańca, to gruba pomyłka bo to co prezentują nam
oba projekty to minimalizm w negatywnym znaczeniu tego słowa. Ot
po prostu rytmiczny beat, momentami drobna delikatna melodia czy
strzępki pourywanej elektroniki i to wszystko. Chwilami jest nieco
szybciej i bardziej energetycznie - np. "Hekate Song" z
wrzeszczącym wokalem, mimo wszystko jednak w znacznej części mamy
po prostu ciągnący się glut, który jest tak prymitywny jak... aż
brak mi porównania. I nie obchodzi mnie, że może teraz narażę się
panu Rukavinie z BLEIBURG ale powtarzam z całą odpowiedzialnością,
że jego muzyka jest P R Y M I T Y W N A i trywialna bardziej niż
chłopaki z O-Zone!!!
Kończąc recenzję płytki nr jeden, mała ciekawostka. Otóż ku mojemu
wielkiemu zdziwieniu i jednocześnie obawie ujrzałem na okładce iż
utwór numer cztery to "Fall Apart" z repertuaru DEATH IN JUNE. Na
szczęście profanacji nie było i mogę z czystym sumieniem
powiedzieć, że ów cover to najlepsze 2:16 minuty jakie znajdują
się na całym wydawnictwie.
No dobra, to "History Of Flames" CD II. Nie będę się niepotrzebnie
rozpisywał bo na dobrą sprawę druga płyta przynosi nam taką samą
muzykę co poprzedniczka. A więc ta sama popieprzona i
minimalistyczna elektronika z pukającym beat'em, chwilami
delikatną ambientową melodią, powrzucanymi tu i ówdzie samplami i
nic więcej. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Nie chce mi się już nic
więcej komentować... Wiem tylko, że jeśli ktoś ogłosi plebiscyt na
najbardziej kiczowaty zespół to BLEIBURG wygra go pewnie w
cuglach. Mało wspomniałem o MANMACHINE ale słuchając tego
wydawnictwa można odnieść wrażenie, że tego projektu tam po prostu
nie ma, a po drugie na płycie nie ma żadnych informacji czym też
MANMACHINE "zasłynęło" przy tworzeniu "History of Flames" ale
słysząc efekt końcowy widać, że podobnie jak BLEIBURG niczym
godnym uwagi. |
|