| |
Znalazłem wiele superlatyw pod
adresem tego albumu w sieci. Zaintrygowały mnie one na tyle, że
zapragnąłem zapoznać się z "Music For Lovers And Gangsters" i samemu
zweryfikować te opinie. Jak jest? Nieźle, ale wszechobecne zachwyty
wydają mi się trochę przesadzone.
Zacznę od okładki. Zdobi ja klimatyczne zdjęcie, na którym mężczyzna
podobny do Rutgera Hauera mierzy z (chyba) Magnum do nieokreślonego
celu. Kapitalna fotka, zupełnie niczym kadr wycięty z filmu sensacyjnego
z lat siedemdziesiątych. Z kolei muzyka to jakby NICK CAVE trochę
bardziej niegrzeczny niż zwykle. Twórczość BAINA WOLFKINDA jest też
skąpana w bardziej amerykańskich klimatach niż to, co tworzy ten nieco
słynniejszy Australijczyk. Małe mieściny w których nic nie jest takie
jak się wydaje.
Intrygi, płatni mordercy, seks, alkohol, piękne kobiety. "Red Rock West",
"Blue Velvet"...te klimaty. Czasem jest delikatnie, czasem bardziej
drapieżnie, a całość ma fajowy "gangsterski" feeling. W końcu tytuł
zobowiązuje, nie? Ale mimo wszystko jakiś niedosyt czuję. Pewnie to
kwestia oczekiwań, bo czytając te wszystkie entuzjastyczne recenzje
spodziewałem się cholera wie czego. A otrzymałem płytę po prostu...
fajną. Świetnie się sprawdzającą np. przy czytaniu Chandlera, ale tak
prawdę mówiąc po jej przesłuchaniu jakoś nie mam zamiaru zapuszczać jej
ponownie.
Tak się jednak zastanawiam - przecież ewidentnie tak miało być. Taki był
zamysł BAINA WOLFKINDA, aby nagrać właśnie taką rozrywkową płytę nie
wywołującą jakichś głębszych uniesień duchowych. Więc właściwie po jaką
cholerę się czepiam? |
|