|
Występy zaczęły się
od performance'u "Zone", zaprezentowanego przez dwójkę Francuzów i
Polkę (Francois R - Dorota Kleszcz
- David DF Tavares). Muzyka, dźwięki, recytacja były
dopełnieniem obrazów, które pojawiały się na ekranie. Tematem
występu tria była refleksja nad kondycją człowieka w świecie
zdominowanym przez technologię, jej wpływ na jakość relacji
międzyludzkich.
Następnie na scenie zainstalowała się JOB KARMA, występ ich
ponownie został uzupełniony przez wizualizacje, tą sama którą
można było oglądać podczas CP. Bardzo szanuję Job Karmę jednakże
bardziej się sprawdzają w kameralnych warunkach (tj.
RYTUAŁ), tudzież na
płytach. Wiele osób i ja również byliśmy zauroczeni głębią wyrazu.
Elektroniczne brzmienia wypełniły salę, zalewając ją falami
dźwięków i zlewając się z obrazem.
Podobnie rzecz się miała z gwiazdą wieczoru IN THE NURSERY,
która grała na żywo do filmu "A Page of Madness" z 1927 roku.
Projekt ten porwał widownie w krainę kwitnącej wiśni sprzed wieku
, miejsca gdzie szaleństwo kiełkuje pośród tłumu w zakładzie
psychiatrycznym. Wszystko dookoła pogłębia osamotnienie i stany
lękowe,
IN THE NURSERY doskonale wpisało się w klimat wizualnej
prezentacji szaleństwa rodem z krainy samurajów.
Dwa poziomy niżej wystąpił C.H. DISTRICT, Mirek ponownie
zachwycił technicznym podejściem do elektroniki , jak dla mnie
jeden z najlepszych live actów jakie widziałem. IDM z najwyższej
półki. Można było dostrzec, że ludzie byli zachwyceni, co dla mnie
jest wystarczającym testem dla Mirka. Bardzo ciekawie i ambitnie.
Po nim zainstalował się Wiktor Skok (JUDE) i zaczęła się
potańcówka, przepełniona harsh/bruit/ rythm dźwiękami, ogólnie
jestem wielkim fanem jego setów i o obiektywizm u mnie w tym
przypadku trudno.
11 listopada, jak co roku, drugi dzień festiwalu był zdominowany
przez klimaty neofolkowe, chociaż zaczęło się od grupy
EINLEITUNGSZEIT, która zafundowała publiczności piekło.
Grali
głośno, hałaśliwie, ekstremalna odmiana terror Death industrialu
budując na scenie pulsującą ścianę dźwięku. Ktoś na scenie
iskrzył, tnąc się gumówką, na ekranie rytualne zabawy z ogniem i
stalą. EINLEITUNGSZEIT zrobił duże wrażenie, zaczynając z grubej
rury. Następnie salę wypełniły delikatne dźwięki i wokal
CLAUSTRUM, którego muzyka przyozdobiona była bardzo ładnymi
zdjęciami i filmami w czerni i bieli, lecz poczucie bezpieczeństwa
zniknęło po jakiś 20 minutach gdy Urban sound zamieniło się w
Power Electronics , gdybym zamknął oczy pomyślałbym ze słyszę
Brighter Death Now.. Po tych dwóch występach na scenie pojawili
się Węgrzy ze SCIVIAS i szczerze mówiąc, niczym mnie nie
zachwycili , niby grali transowo, troszkę jak GONG, lecz to zbyt
mało by mnie urzec . Kolejny występ to ARANOS, człowiek
starszy, grający na skrzypcach, lubiący na scenie poskakać,
powygłupiać się .Jednak, z grubsza okrutnie nudził, Następnie
Zainstalowało się HEKATE. Było magicznie, energetycznie i
po niemiecku. Widać było, że granie sprawia muzykom radość: z
uśmiechem walili w bębny i śpiewali, zawodzili jakieś „krzyżackie
mantry:>”. Jako ostatni zagrał GAË BOLG - zespół
inspirujący się średniowieczną ludową kulturą francuską, pieśniami
bardów i rycerzy. Jak dla mnie troszkę zbyt prześmiewczo , i nie
podobało mi się, po jakiś 20 minutach po prostu opuściliśmy ich
występ.

W ostatni dzień większości występów przyświecało taneczne podjecie
do industrialu. Dym, stroboskop. Lecz wpierw
COLD FUSION / RUKKANOR,
ogólnie fajne projekty ciekawe i twórcze, ale lepiej prezentują
się na płytach czy splitach . Koncertowo bardzo nużąco i drobne
problemy techniczne sprawiły, że bardzo chciałem by skończyli. Ale
jeśli by uzupełnili swój występ o wizualizacje, może wtedy było by
lepiej. Ogólnie liczę na Progress.
MONOLITH oraz AH
CAMA - SOTZ dwa projekty kiedyś
związane z najlepszymi
tj. Hybryds, Sonar, co nie pozwala powątpiewać w ich kunszt i
warsztat muzyczny. Obydwa projekty zabrały widownie na ebm/trans –
dance floor.
Bardzo dobrze się bawiłem, również DIVE będący kolejną, a zarazem
jedną z gwiazd sprawiła że chciałem więcej, a więcej dostałem
podczas afteru. I znów W.Skok , zaserwował sporą dawkę Power -
noise, EBM, Electro no i na zwieńczenie Pagan neofolk.
Ostatni dzień
skończył się o szóstej, i biegusiem na pociąg i do Poznania.
Festiwal uważam za bardzo udany. Po pierwsze ze względu na swoją
różnorodność, ale także, mam na uwadze wkład organizatorów (bo
przecież sam festiwal był poprzedzony wystawami, wykładami ).
WIF zgromadził śmietankę sceny
industrialnej z różnych stron świata, co też świadczy o poziomie. |
|