|
Jak wszyscy chyba wiedzą,
Holandia jest krajem dość małym, tak więc nawet ja nie
spodziewałam się, że podróż do Vlissingen zabierze mi prawie 3
godziny.
Wysiadając z pociągu, nie śniło mi się nawet, że będę musiała
przedzierać się przez sztorm, śnieg, grad i inne niedogodności
związane z pogodą. Odnalazłszy klub De Piek i doprowadziwszy swój
wygląd do jako takiego porządku, [sam pan R. Smith pozazdrościł by
mi fryzury] muszę przyznać, iż mój entuzjazm znalazł sił w stanie
krytycznym. Na szczęście jakieś dziesięć minut później, nikt inny
jak sam pan Simone Salvatori wstąpił do baru, gdzie wszyscy
oczekiwali na zespół EMBOLUS. Jedno jest pewne, gdzie by się
Simone nie pojawił, od razu zaczyna się zabawa:) Po krótkich
uściskach, publiczność przeniosła się do sali obok, gdzie na
scenie rozpoczął się koncert wcześniej wspomnianego EMBOLUS.
Szczerze mówiąc, nie znałam tego projektu przedtem, jedyne
informacje jakie na ich temat miałam pochodziły z oficjalnej
strony festiwalu. Odsłuchawszy trzech pierwszych numerów tego
zespołu wpadłam w niemałą panikę. Bodajże tego samego dnia, w
Holandii zaczął się karnawał, i gdyby nie ogromy napis ''Embolus"
tuż za członkami tego zespołu, można by śmiało pomyśleć, że
panowie podskakujący ochoczo na scenie, to karnawałowa trupa
odwiedzająca poszczególne miasta. Opisują oni swoją muzykę jako
coś pomiędzy EBM a Trance, porównując się do zespołów takich jak,
Das Ich lub Project Pitchfork, ja niestety mało podobieństwa
potrafiłam dostrzec. Muzyczny miks jaki nam przestawiono, to
mieszanka trance, gdzie niegdzie EBM i jakże popularnego w krajach
Flamandzkich - gabber [muzyka elektroniczna z lat 90]. Już po paru
numerach, prawie cała publiczność opuściła salę, udając się do
baru na pogawędki. Niestety muszę stwierdzić, ?e koncert nie był
zbyt udany i nadal nie wiem, czy to poprzez muzykę samą w sobie,
czy też publiczność, która chyba na tego rodzaju muzyczne genre
nie była przygotowana.
Następny koncert wyczekiwany przez wszystkich to SPIRITUAL FRONT.
Panowie wkroczyli na scenę i jako pierwszy numer, zaserwowali nam
taneczne "Cruisin". Sala w mgnieniu oka zapełniła się po brzegi,
trochę jeszcze nieśmiało tańczącą publicznością. Przy trzeciej
piosence "Bastard Angel", nastąpiła już eksplozja emocji, zarówno
po stronie publiki, jak i na scenie. Charyzmatyczny Mister
Armageddon Gigolo, skupił całą uwagę na sobie, grając jak oszalały
na akustycznej gitarze i potupując nogą w rytm muzyki. Także
reszta zespołu nie pozostawała w tyle. Wszystko razem, utworzyło
wspaniały muzyczny koktajl, którego nie powstydził by się żaden
włoski klub. Publika dała się całkowicie uwieźć, wykrzykując
gorliwie wszystkie teksty piosenek razem z panem Salvatori.
Większość granych utworów, pochodziła z ostatniej płyty "Armageddon
Gigolo", czego ja osobiście trochę żałuję, z chęcią posłuchałabym
bowiem, także wcześniejszych dokonań tych panów. Poza utworami ze
wspomnianej płyty, zaśpiewali jedynie "Cold love in a cold coffin"
z splitu z Naevus - "Bedtime badtime" jak i "Song for the old man"
z kompilacji z Ordo Rosarius Equilibrio. Koncert zakończył się
utworem "Slave" i muszę przyznać, że był bardzo udany.
Gdyby trzeba opisać ten zespół jednym zdaniem, musiałabym posłużyć
się cytatem: "Weź Johhny Cash'a, Elvisa, Swans and Mario Merola,
zmiksuj to wszystko ze spermą i krwią i serwuj na ciepło!"
Miejmy nadzieję, iż zespół niedługo znów zawita w rejony Polski i
Holandii. |
|