<%@ Language=VBScript %> BEAST OF PREY - DARK MUSIC MAGAZIN  ::  d a r k   a m b i e n t  ::  i n d u s t r i a l  ::  n o i s e  ::  d a r k w a v e  ::  p o w e r    e l e c t r o n i c s  ::  n e o f o l k

ENGLISH VERSION
 
 
:: NOWOŚCI ::
:: KONCERTY ::
:: RECENZJE ::
:: WYWIADY ::
:: ARTYKUŁY ::
:: GALERIA::
:: MAGAZYN ::
:: RELACJE ::
:: KONKURSY ::
:: PLEBISCYT ::
:: LINKI ::
:: KONTAKT ::
 
  :: R E L A C J E ::  
  *************************************************************  
     
 

LISA GERARD - 25.04. 2007 - WARSZAWA

 
     

25 kwietnia w Warszawskim teatrze Roma odbyło się prawdziwe misterium. Koncert o jakim wiele osób marzyło całe swoje życie, coś czego się nie da opisać słowami, niemniej jednak spróbuję najlepiej jak mogę.
Ale zacznijmy od początku, czyli od organizacji. Po pierwsze praktycznie nigdzie nie było żadnej informacji, o tym, że taki koncert się odbędzie. Ja sam, o koncercie dowiedziałem się od kolegi, który sam usłyszał taką informacje na łamach audycji Trzecia Strona Księżyca na Trójce. Gdy tylko dowiedziałem się od niego o tym, natychmiast zacząłem szukać po sieci. Znalazłem tylko informacje na różnych portalach poświęconych fantastyce i muzyki niezależnej i to wszystko. Okazało się nawet, że te informacje są tam od miesiąca. Wraz z informacją podany był adres e-mailowy i miejsce, Teatr Roma w Warszawie, gdzie ma odbyć się koncert. Raczej niewiele. Skontaktowałem się z jednym i drugim. W teatrze dowiedziałem się, że owszem, mają wynajętą salę, ale nawet nie wiedzą na co i po co. Na drugi mail dostałem informację, że to nie oni organizują, a agencja Go Ahed. Czym prędzej skontaktowaliśmy się telefonicznie, chąc wiedzieć w jakiej cenie i czy w ogóle jeszcze są bilety. Okazało się, że na razie musimy poczekać bo jeszcze nie wiadomo i zadzwonić za bodajże dwa dni. Dostaliśmy jednak link do planu teatru, wraz z ceną biletów z miejscami. Po kolejnym telefonie, okazało się, że osoba odpowiedzialna za bilety wyjechała i oni nie mogą teraz sprzedać, bo nie wiedzą, które miejsca są wykupione i żeby zadzwonić za około tydzień. Kolejny telefon zaowocował informacją, że sprawdzają kto wykupił miejsca i zapłacił, albowiem, jeśli nie dokonało się wpłaty tydzień po zamówieniu miejsca, owe przepadało. Wreszcie, po dwóch dniach zamówiliśmy bilety, a jakieś dwa tygodnie później, do drzwi zapukał listonosz z poleconym listem. Tak więc reklama i organizacje nie powalały. Mało brakło, a nie byłbym na tym koncercie, bo  w ogóle nic bym o nim nie wiedział. Być może jednak właśnie dzięki temu bilety były jeszcze tak długo dostępne i nie rozeszły się po kilku dniach od pierwszej informacji. Nie zmienia to faktu, że wszystkie miejsca w teatrze (na którym i w którym nie było również żadnego plakatu ani informacji o koncercie) były zajęte.
Sam Teatr Roma też do największych nie należy. Mówiąc wprost, jest tam ciasno, od siedzeń po przejścia. Tak więc kiedy na początku koncertu upadły mi na podłogę bilety, mogłem je podnieść dopiero na końcu koncertu, bo nie było jak się schylić. Miało to jednak jedną zaletę, każdy, nawet w ostatnim rzędzie widział Lise jak na dłoni. Z oczywistych przyczyn finansowych mogliśmy pozwolić sobie tylko na bilety, cenowo, drugie od końca. Tak więc wylądowaliśmy na drugim od sceny balkonie w ostatnim rzędzie. Nie ukryję, że miejsce było doskonałe widokowo, ponieważ widziałem Lisę w całej okazałości. Scena też nie była zbyt duża, ale w sam raz na ten koncert. Scenografia, jeśli tak to można było nazwać, była bardzo skromna, ale klimatyczna i bardzo współgrała ze światłami i muzyką. Do momentu wejścia muzyków na scenę, towarzyszyły nam przeróżne, ambientowe dźwięki, i szumy, żywcem wyjęte z jej ostatniej płyty. W pewnym momencie światła zgasły i na scenie pojawili się muzycy oraz oczywiście sama Lisa Gerrard. Bo długich i gromkich owacjach, rozpoczęło się wspaniałe muzyczne wydarzenie.
Trudno mi oczywiście przypomnieć sobie wszystkie utwory jakie usłyszałem, ale oprócz tych z jej solowej kariery, nie zabrakło tam utworów znanych z Dead Can Dance. Usłyszeć można było między innymi "The Wind That Shakes The Barley", dedykowane dla Zbigniewa Presinera "Sanvean", stworzone przy współpracy z Hansem Zimmerem "Now We Are Free" do ścieżki dźwiękowej do Gladiatora, także stworzone wraz z Pieterem Bourkiem do filmu Insider utwory "Meltdown" i "Sacrifice", "Space Waver", "Serenity" oraz jeden z najwspanialszych utworów Dead Can Dance, "The Host Of The Seraphim". Gdy tylko usłyszałem pierwsze dźwięki tego ostatniego czułem jak łzy same pojawiły się w oczach. Czegoś takiego nie przeżyje się już nigdy. Lisa wyglądała wspaniale, włosy upięte w stylowy kok, i długa, smukła suknia bez ramiączek, która zmieniała kolor w zależności od światła. Lisa wspaniale dostrajała się do każdego utworu, co widać było wyraźnie. Podczas jednego utworu, kiedy powinien wejść jej wokal, Lisa przeczekała i muzycy zrobili pętle, aby zacząć od tego momentu. A jej głos był piękny, mocny i potężny, zalewający całą sale swą siłą i uczuciem jaki weń wkłada. Dużo utworów brzmiało w wersji koncertowej zupełnie inaczej niż w wersji albumowej. Niektóre dało się poznać po muzyce inne po wokalu. Na scenie towarzyszyli jej na instrumentach klawiszowych John Bonnar, który występował od lat z Dead Can Dance, oraz Michael Edwards na pianinie, który współpracował z Lisą przy tworzeniu jej ostatniego dzieła, „The Silver Tree”. Był także David Newman i James Orr, którzy obsługiwali dźwięk. Każdy z nich został przez Lisę wymieniony (łącznie z człowiekiem odpowiedzialnym za oświetlenie, Mylesem Manigino i kierowcą autokaru). Po jednym z utworów na scenę wyszedł Andrew Hutton, osobisty asystent Lisy, człowiek odpowiedzialny także za scenografie i jej kostiumy  (z którym znają się odkąd Lisa miała 15 lat i był przy niej przy każdym jej albumie), wziął Lise pod rękę, wyprowadzając ją za sceny. Wtedy muzycy zaczęli grać Paikea Legend, ze ścieżki dźwiękowej do Whalerider. Kiedy utwór się kończył, na scenę ponownie wyszła Lisa, tym razem w białej sukni, także smukłej i eleganckiej i utwór gładko przeszedł w fragment wokalny In Exile. Wyszło to fantastycznie, a o owacjach nie muszę wspominać.
Za każdym razem kiedy Lisa coś mówiła, to dziękując za owacje, to wymieniając muzyków, nie do uwierzenia było, że ten cichutki, delikatny głosik należy właśnie do niej. Jakiż olbrzymi stanowi to kontrast do tego co usłyszeć możemy na albumach z jej muzyką. W pewnym momencie ktoś z widowni krzyknął: Dead Can Dance, na co Lisa spojrzała na niego i z uśmiechem odparła, że jest jej przykro, ale chyba jest na innym koncercie., co oczywiście zaowocowało śmiechem na sali i kolejnymi owacjami. Przez cały koncert Lisa była uśmiechnięta i nie sposób było nie poczuć sympatii i ciepła jakie od niej biło. Na koniec dostała oczywiście długie, gromkie owacje na stojąco. Przed bisem cała sala grzmiała „Lisa, Lisa”. Oczywiście długo nie trzeba było czekać. Po koncercie życzyła nam wszystkim dobrej nocy. Dostała też kwiaty od kilku osób z widowni, które nie omieszkały także podsunąć jej płyt do autografu. Bardzo sympatycznym akcentem było także, gdy Lisa podeszła do jednej dziewczynki, która prosiła o autograf i „wyciągnęła” ją na scenę.
Koncert wraz z dwoma bisami trwał jakieś dwie godziny. Wyszedłem z teatru, pełen emocji i niesłychanych uczuć, tak jakbym właśnie wrócił do portu z dalekiego oceanu, bogatszy także o pięknie wydany program i oryginał „The Silver Tree”. Niecałe dwie godziny później siedziałem już w autokarze słuchając sobie właśnie owej płyty, myślami jednak nadal byłem na koncercie, a obraz Lisy śpiewającej na scenie, towarzyszy mi za każdym razem kiedy słucham jakiegokolwiek jej utworu. Magiczne, ujmujące i piękne przeżycie.

 

 

 

relacja: Dani

       
       
     
 
© copyright 2007  Wszelkie prawa zastrzeżone. BEAST OF PREY Wydawnictwo Muzyczne 2001 - 2007