|
25 kwietnia w
Warszawskim teatrze Roma odbyło się prawdziwe misterium. Koncert o
jakim wiele osób marzyło całe swoje życie, coś czego się nie da
opisać słowami, niemniej jednak spróbuję najlepiej jak mogę.
Ale zacznijmy od początku, czyli od organizacji. Po pierwsze
praktycznie nigdzie nie było żadnej informacji, o tym, że taki
koncert się odbędzie. Ja sam, o koncercie dowiedziałem się od
kolegi, który sam usłyszał taką informacje na łamach audycji
Trzecia Strona Księżyca na Trójce. Gdy tylko dowiedziałem się od
niego o tym, natychmiast zacząłem szukać po sieci. Znalazłem tylko
informacje na różnych portalach poświęconych fantastyce i muzyki
niezależnej i to wszystko. Okazało się nawet, że te informacje są
tam od miesiąca. Wraz z informacją podany był adres e-mailowy i
miejsce, Teatr Roma w Warszawie, gdzie ma odbyć się koncert.
Raczej niewiele. Skontaktowałem się z jednym i drugim. W teatrze
dowiedziałem się, że owszem, mają wynajętą salę, ale nawet nie
wiedzą na co i po co. Na drugi mail dostałem informację, że to nie
oni organizują, a agencja Go Ahed. Czym prędzej skontaktowaliśmy
się telefonicznie, chąc wiedzieć w jakiej cenie i czy w ogóle
jeszcze są bilety. Okazało się, że na razie musimy poczekać bo
jeszcze nie wiadomo i zadzwonić za bodajże dwa dni. Dostaliśmy
jednak link do planu teatru, wraz z ceną biletów z miejscami. Po
kolejnym telefonie, okazało się, że osoba odpowiedzialna za bilety
wyjechała i oni nie mogą teraz sprzedać, bo nie wiedzą, które
miejsca są wykupione i żeby zadzwonić za około tydzień. Kolejny
telefon zaowocował informacją, że sprawdzają kto wykupił miejsca i
zapłacił, albowiem, jeśli nie dokonało się wpłaty tydzień po
zamówieniu miejsca, owe przepadało. Wreszcie, po dwóch dniach
zamówiliśmy bilety, a jakieś dwa tygodnie później, do drzwi
zapukał listonosz z poleconym listem. Tak więc reklama i
organizacje nie powalały. Mało brakło, a nie byłbym na tym
koncercie, bo w ogóle nic bym o nim nie wiedział. Być może jednak
właśnie dzięki temu bilety były jeszcze tak długo dostępne i nie
rozeszły się po kilku dniach od pierwszej informacji. Nie zmienia
to faktu, że wszystkie miejsca w teatrze (na którym i w którym nie
było również żadnego plakatu ani informacji o koncercie) były
zajęte.
Sam Teatr Roma też do największych nie należy. Mówiąc wprost, jest
tam ciasno, od siedzeń po przejścia. Tak więc kiedy na początku
koncertu upadły mi na podłogę bilety, mogłem je podnieść dopiero
na końcu koncertu, bo nie było jak się schylić. Miało to jednak
jedną zaletę, każdy, nawet w ostatnim rzędzie widział Lise jak na
dłoni. Z oczywistych przyczyn finansowych mogliśmy pozwolić sobie
tylko na bilety, cenowo, drugie od końca. Tak więc wylądowaliśmy
na drugim od sceny balkonie w ostatnim rzędzie. Nie ukryję, że
miejsce było doskonałe widokowo, ponieważ widziałem Lisę w całej
okazałości. Scena też nie była zbyt duża, ale w sam raz na ten
koncert. Scenografia, jeśli tak to można było nazwać, była bardzo
skromna, ale klimatyczna i bardzo współgrała ze światłami i
muzyką. Do momentu wejścia muzyków na scenę, towarzyszyły nam
przeróżne, ambientowe dźwięki, i szumy, żywcem wyjęte z jej
ostatniej płyty. W pewnym momencie światła zgasły i na scenie
pojawili się muzycy oraz oczywiście sama Lisa Gerrard. Bo długich
i gromkich owacjach, rozpoczęło się wspaniałe muzyczne wydarzenie.
Trudno mi oczywiście przypomnieć sobie wszystkie utwory jakie
usłyszałem, ale oprócz tych z jej solowej kariery, nie zabrakło
tam utworów znanych z Dead Can Dance. Usłyszeć można było
między innymi "The Wind That Shakes The Barley", dedykowane dla
Zbigniewa Presinera "Sanvean", stworzone przy współpracy z Hansem
Zimmerem "Now We Are Free" do ścieżki dźwiękowej do Gladiatora,
także stworzone wraz z Pieterem Bourkiem do filmu Insider utwory "Meltdown"
i "Sacrifice", "Space Waver", "Serenity" oraz jeden z
najwspanialszych utworów Dead Can Dance, "The Host Of The Seraphim".
Gdy tylko usłyszałem pierwsze dźwięki tego ostatniego czułem jak
łzy same pojawiły się w oczach. Czegoś takiego nie przeżyje się
już nigdy. Lisa wyglądała wspaniale, włosy upięte w stylowy kok, i
długa, smukła suknia bez ramiączek, która zmieniała kolor w
zależności od światła. Lisa wspaniale dostrajała się do każdego
utworu, co widać było wyraźnie. Podczas jednego utworu, kiedy
powinien wejść jej wokal, Lisa przeczekała i muzycy zrobili pętle,
aby zacząć od tego momentu. A jej głos był piękny, mocny i
potężny, zalewający całą sale swą siłą i uczuciem jaki weń wkłada.
Dużo utworów brzmiało w wersji koncertowej zupełnie inaczej niż w
wersji albumowej. Niektóre dało się poznać po muzyce inne po
wokalu. Na scenie towarzyszyli jej na instrumentach klawiszowych
John Bonnar, który występował od lat z Dead Can Dance, oraz
Michael Edwards na pianinie, który współpracował z Lisą przy
tworzeniu jej ostatniego dzieła, „The Silver Tree”. Był także
David Newman i James Orr, którzy obsługiwali dźwięk. Każdy z nich
został przez Lisę wymieniony (łącznie z człowiekiem
odpowiedzialnym za oświetlenie, Mylesem Manigino i kierowcą
autokaru). Po jednym z utworów na scenę wyszedł Andrew Hutton,
osobisty asystent Lisy, człowiek odpowiedzialny także za
scenografie i jej kostiumy (z którym znają się odkąd Lisa miała
15 lat i był przy niej przy każdym jej albumie), wziął Lise pod
rękę, wyprowadzając ją za sceny. Wtedy muzycy zaczęli grać Paikea
Legend, ze ścieżki dźwiękowej do Whalerider. Kiedy utwór się
kończył, na scenę ponownie wyszła Lisa, tym razem w białej sukni,
także smukłej i eleganckiej i utwór gładko przeszedł w fragment
wokalny In Exile. Wyszło to fantastycznie, a o owacjach nie muszę
wspominać.
Za każdym razem kiedy Lisa coś mówiła, to dziękując za owacje, to
wymieniając muzyków, nie do uwierzenia było, że ten cichutki,
delikatny głosik należy właśnie do niej. Jakiż olbrzymi stanowi to
kontrast do tego co usłyszeć możemy na albumach z jej muzyką. W
pewnym momencie ktoś z widowni krzyknął: Dead Can Dance, na co
Lisa spojrzała na niego i z uśmiechem odparła, że jest jej
przykro, ale chyba jest na innym koncercie., co oczywiście
zaowocowało śmiechem na sali i kolejnymi owacjami. Przez cały
koncert Lisa była uśmiechnięta i nie sposób było nie poczuć
sympatii i ciepła jakie od niej biło. Na koniec dostała oczywiście
długie, gromkie owacje na stojąco. Przed bisem cała sala grzmiała
„Lisa, Lisa”. Oczywiście długo nie trzeba było czekać. Po
koncercie życzyła nam wszystkim dobrej nocy. Dostała też kwiaty od
kilku osób z widowni, które nie omieszkały także podsunąć jej płyt
do autografu. Bardzo sympatycznym akcentem było także, gdy Lisa
podeszła do jednej dziewczynki, która prosiła o autograf i
„wyciągnęła” ją na scenę.
Koncert wraz z dwoma bisami trwał
jakieś dwie godziny. Wyszedłem z teatru, pełen emocji i
niesłychanych uczuć, tak jakbym właśnie wrócił do portu z
dalekiego oceanu, bogatszy także o pięknie wydany program i
oryginał „The Silver Tree”. Niecałe dwie godziny później
siedziałem już w autokarze słuchając sobie właśnie owej płyty,
myślami jednak nadal byłem na koncercie, a obraz Lisy śpiewającej
na scenie, towarzyszy mi za każdym razem kiedy słucham
jakiegokolwiek jej utworu. Magiczne, ujmujące i piękne przeżycie. |
|