<%@ Language=VBScript %> BEAST OF PREY - DARK MUSIC MAGAZIN  ::  d a r k   a m b i e n t  ::  i n d u s t r i a l  ::  n o i s e  ::  d a r k w a v e  ::  p o w e r    e l e c t r o n i c s  ::  n e o f o l k

ENGLISH VERSION
 
 
:: NOWOŚCI ::
:: KONCERTY ::
:: RECENZJE ::
:: WYWIADY ::
:: ARTYKUŁY ::
:: GALERIA::
:: MAGAZYN ::
:: RELACJE ::
:: KONKURSY ::
:: PLEBISCYT ::
:: LINKI ::
:: KONTAKT ::
 
  :: R E L A C J E ::  
  *************************************************************  
     
 
 
 

CASTLE PARTY 2007
BOLKÓW 27-30.07.2007

 
     

Kolejne CP za nami. Dobre? Złe? Szczerze mówiąc takie o. Ludziom po tyłku dała trochę pogoda (lało, wiało, całe szczęście że nie grzmiało). Swoją drogą nie mogę uwierzyć, że nie da się w jakiś sposób zadaszyć miejsca imprezy (plac przed sceną w końcu nie jest taki wielki). Zarówno fani jak i zespoły sporo na tym straciły, bo koncert bez ludzi to już nie to samo (pamiętam koncert Devilyna parę lat temu który NIGDZIE nie był reklamowany, sam się o nim dowiedziałem przez przypadek, w efekcie przyszło tak z 15 osób i widać było że chłopakom całkowicie odechciało się grać i występ trwał o połowę krócej, zresztą szczerze mówiąc, nie dziwię się im). Jakaś płachta czy coś w ten deseń załatwiła by sprawę. Fakt, ileś tam by to kosztowało, ale przy takiej liczbie uczestników podniesienie ceny biletów o kilka złotych powinno załatwić sprawę, tym bardziej, że to rozwiązałoby problem na lata... Ale mniejsza z tym, czas opowiedzieć co nieco o bohaterach festiwalu.

Dzień pierwszy:
A raczej noc, bo impreza w tym dniu zaczynała się dopiero wieczorem. Festiwal miał rozpocząć Exiting Body Piercing czyli dziwolągi z dziurami gdzie się da:) Moja dziewczyna i szczerze mówiąc ja też chcieliśmy zobaczyć co też na tym show zaprezentują Francuzi i mimo że byliśmy przed czasem i przeszperaliśmy wszystkie zakamarki zamku to jakimś cudem pokaz nas ominął. Jako, że nazwy dark electro czy terror ebm, poprzedzone na dodatek literkami DJ skutecznie mnie od siebie odpychają, na zamek wróciliśmy dopiero na C.H. DISTRICT. Mimo, że nie przepadam za taką muzyką, to zespół ten darzę ogromną sympatią, jednak koncert podobał mi się tak o (to określenie jeszcze niestety nieraz przewinie się w tej relacji). Zwinęliśmy się trochę wcześniej, żeby odszukać klub Sorento i nie spóźnić się na, moim zdaniem, jedne z ciekawszych występów na tegorocznym CP ([haven], Kobylinski, Hervy i Synta[xe]rror). Błądziliśmy, błądziliśmy, aż w końcu dowiedzieliśmy się od mijanych ludzi, że klub dał dupy i koncertów nie będzie. I ja się pytam organizatorów – jeśli wiedzieli o tym wcześniej, to czemu nie przenieśli imprezy na zamek albo do innej knajpy?? Dj-ów było na tyle dużo, że można było spokojnie uszczuplić ich występy...

Dzień drugi:
Na zamek dotarliśmy, gdy zaczynał japoński THE ROYAL DEAD. Z powodów pogodowych musieliśmy się szybko zmyć (dosłownie) i wróciliśmy dopiero na ziomków z  MIGUEL AND THE LIVING DEAD.  Wspomnę tylko, że muzycznie THE ROYAL DEAD niezbyt trafił w mój gust, za to całkiem fajnie wyglądali. MIGUELI bardzo lubię (tym bardziej, że niewiele kapel tak gra) i na ten koncert bardzo czekałem, jako, że nie było mi jeszcze dane zobaczyć ich na żywo. Muszę tutaj zjechać techników, bo nagłośnienie nie było najlepsze (trochę za głośno i dźwięk zlewał się w jedną papkę), jednak koncert był całkiem fajny. Wokaliście nie można odmówić dobrego kontaktu z publiką, ale na miłość boską, połowa rzeczy które mówił nie była w ogóle śmieszna więc nie wiem czemu się tak wszyscy cieszyli:) Potem nadszedł czas na DIORAME na której w jakiś sposób znalazłem się pod samą sceną. Nie jestem ich wielbicielem, ale lubię ich puścić od czasu do czasu, natomiast o ich występie muszę powiedzieć, że był naprawdę świetny. Bardzo dynamiczny (znacznie bardziej niż na płytach), jednak trochę przeszkadzało mi wyeksponowane umcy-umcy. EBM i okolice to nie moja działka i spodziewałem się spokojniejszego synth-popowego występu,  ale reszta uczestników była wniebowzięta, a i ja specjalnie nie narzekam:) Z wyżej wymienionego powodu koncerty PRIDE AND FALL i SUICIDE COMMANDO ominąłem szerokim łukiem. Przyszła kolej na jedną z większych gwiazd tegorocznego festiwalu czyli DIARY OF DREAMS których lubię podobnie jak DIORAME – od czasu do czasu ale bez przesady. Adrian i spółka tworzą interesującą muzykę, ale przesłuchanie całego ich albumów zdrowo mnie męczy. O koncercie mogę powiedzieć tylko tyle – taki o. Zagrali dosyć mocno, gitarowo, ale mnie cały występ mimo że był niezły, strasznie znudził i tylko wyczekiwałem kiedy się skończy. Do występu IAMX nie dotrwaliśmy, czego trochę żałuję, bo jest to cholernie ciekawy projekt (jednak ustawianie ich jako gwiazdy festiwalu było LEKKĄ przesadą...)

Dzień trzeci:
Ostatni – i najważniejszy. Dzień otwierał bardzo sympatyczny akcent, czyli MASSKOTKI. Spodziewałem się występu dwóch punczur - feministek, a dostałem dwie sympatyczne dziewczyny z kocimi uszkami;) O wartości ich muzyki i tekstów można dyskutować, ale i tak chyba wszystkim się podobało. Po prostu fajny koncercik na dobry początek dnia. Po krótkiej przerwie na scenę weszli panowie z CEMETERY OF SCREAM którzy dali najbardziej metalowy i nie powiem, całkiem niezły koncert tego festiwalu. Przyjęcie przez ludzi było raczej niemrawe, ale to jednak nie jest publiczność do takiej muzyki. DESDEMONA która zagrała jako kolejna nie zrobiła na mnie wrażenia, trochę za dużo elektroniki. Generalnie tak o. Potem przyszła pora na rewelacyjne NFD (ANGELSPIT bez żalu opuściliśmy). Fanów The Fields Of The Nephilim u nas nie brakuje, a piwo dla tego kto znajdzie jakieś wyraźne różnice miedzy tymi zespołami. Bardzo dobry koncert, zresztą to jedyna kapela na festiwalu gotyckim (sorry, dark independent!) którą mogę z czystym sumieniem nazwać gotykiem... Ale nie ma co płakać, bo już na scenę wchodzi polska legenda czyli FADING COLOURS. Koncert bardziej słyszałem niż widziałem, a było co usłyszeć. Bardzo mocne nagłośnienie (szczególnie wokalu) dało niezły efekt. W pewnym momencie jednak zacząłem się trochę nudzić i tylko wyczekiwałem zakończenia, żeby dopchać się jak najbliżej sceny przed najważniejszym-i-całkowicie-olanym-zespołem tego festiwalu. Aż mi się coś we flakach przekręca na myśl o tym, że taka legenda, tak LEGENDA jak THE LEGENDARY PINK DOTS została zepchnięta na piąte miejsce w festiwalu... Tfu!!! Przecież ten zespół zrobił więcej dla muzyki niż wszystkie prezentowane tu kapele  razem wzięte, a został tak potraktowany przez organizatorów, że wstyd i hańba. Dziwi to tym bardziej, że nie da się nie zauważyć popularności kropek w naszym kraju i wiele osób (w tym ja) przyjechało właśnie dla nich. Nie muszę mówić, że był to najlepszy występ tegorocznego Castle Party i jeden z najlepszych jakie dane mi było kiedykolwiek widzieć, wykopujący całą resztę do worka z napisem "amatorzy". Nie będę się więcej na ich temat rozpisywał, bo kto widział ten wie, a kogo nie było niech żałuje. Przed koncertem MORTIISA zrobiło się nagle strasznie tłoczno, więc usunęliśmy się na taktyczne miejsce na murku. Wielkim zawodem było, że fani nie zobaczyli legendarnych uszu i nochala pana Mortiisa, bo niestety zmienił image na "właśnie wyszedłem z kopalni i się nie umyłem":) Nie znam ostatniej płyty MORTIISA wiec potężnie się zdziwiłem gdy w uszach zaryczały mi gitary. Widać historia zatacza krąg i po wieloletnim graniu ambientu i krótkim romansie z muzyką pop (nie da się inaczej określić Smell Of Rain, co nie zmienia faktu że ten album był całkiem całkiem) Mortiis powraca do metalowych korzeni. Dobrze to czy źle? Osobiście najbardziej cenię sobie jego wcześniejsze osiągnięcia i trochę żałuję, że odszedł już od tych "dungeonowych" klimatów. Koncert podobał mi się tak o z plusem. No dobra, z dwoma plusami. Festiwal dobiegał końca, pozostała tylko gwiazda czyli FRONT LINE ASSEMBLY, zespół z najdłuższym, zaraz po Dotsach, stażem i też niemałymi zasługami. Znam ich średnio i też średnio lubię. Ich trzy albumy które posiadam nigdy mi się specjalnie nie podobały i spodziewałem się, że zwiniemy się w trakcie ich koncertu, co się zresztą sprawdziło. Brzmienie było dobre, wyglądali też bez zastrzeżeń, może oprócz wokalisty który zniechęcił mnie do siebie skakaniem po scenie jak głupi. Nie tego się po nim spodziewałem. Przesłuchaliśmy kilka kawałków i wybyliśmy z zamku do ciepłego łóżeczka (oj zmarzło się w tym Bolkowie, zmarzło...)

To tyle jeśli chodzi o koncerty. Dodam jeszcze, że jednym z sympatyczniejszych akcentów festiwalu był lekko chwiejny, brodaty koleś w białym fartuchu(?) który rozłożył się z płytami na górce koło zamku i zaczepiał ludzi krzycząc "Kupcie płytę, chwalcie Pana":) I chwała – jemu - że nas zaczepił, bo takiego cennika jeszcze nie widziałem 30zl za płytę w plastiku, 15 za digipack (dlaczego??), a miał chłop co nieco do sprzedania. Chwała należy się także mieszkańcom Bolkowa, którzy zwietrzyli interes i w tym roku co krok na drodze do zamku porozstawiali miejsca z jedzeniem, które skutecznie konkurowały z tymi na zamku. Nie dość, że taniej, to jeszcze zadaszone. Żyć nie umierać.

 

 

 

relacja: hm

     
       
     
 
© copyright 2007  Wszelkie prawa zastrzeżone. BEAST OF PREY Wydawnictwo Muzyczne 2001 - 2007