|
Kolejne CP za nami.
Dobre? Złe? Szczerze mówiąc takie o. Ludziom po tyłku dała trochę
pogoda (lało, wiało, całe szczęście że nie grzmiało). Swoją drogą
nie mogę uwierzyć, że nie da się w jakiś sposób zadaszyć miejsca
imprezy (plac przed sceną w końcu nie jest taki wielki). Zarówno
fani jak i zespoły sporo na tym straciły, bo koncert bez ludzi to
już nie to samo (pamiętam koncert Devilyna parę lat temu który
NIGDZIE nie był reklamowany, sam się o nim dowiedziałem przez
przypadek, w efekcie przyszło tak z 15 osób i widać było że
chłopakom całkowicie odechciało się grać i występ trwał o połowę
krócej, zresztą szczerze mówiąc, nie dziwię się im). Jakaś płachta
czy coś w ten deseń załatwiła by sprawę. Fakt, ileś tam by to
kosztowało, ale przy takiej liczbie uczestników podniesienie ceny
biletów o kilka złotych powinno załatwić sprawę, tym bardziej, że
to rozwiązałoby problem na lata... Ale mniejsza z tym, czas
opowiedzieć co nieco o bohaterach festiwalu.
Dzień
pierwszy:
A
raczej noc, bo impreza w tym dniu zaczynała się dopiero wieczorem.
Festiwal miał rozpocząć Exiting Body Piercing
czyli dziwolągi z dziurami gdzie
się da:) Moja dziewczyna i szczerze mówiąc ja też chcieliśmy
zobaczyć co też na tym show zaprezentują Francuzi i mimo że
byliśmy przed czasem i przeszperaliśmy wszystkie zakamarki zamku
to jakimś cudem pokaz nas ominął. Jako, że nazwy
dark electro czy terror ebm, poprzedzone na dodatek literkami DJ
skutecznie mnie od siebie odpychają, na zamek wróciliśmy dopiero
na C.H. DISTRICT.
Mimo, że nie przepadam za taką
muzyką, to zespół ten darzę ogromną sympatią, jednak koncert
podobał mi się tak o (to określenie jeszcze niestety nieraz
przewinie się w tej relacji). Zwinęliśmy się trochę wcześniej,
żeby odszukać klub Sorento i nie spóźnić się na, moim zdaniem,
jedne z ciekawszych występów na tegorocznym CP ([haven],
Kobylinski, Hervy i
Synta[xe]rror).
Błądziliśmy, błądziliśmy, aż w końcu dowiedzieliśmy się od
mijanych ludzi, że klub dał dupy i koncertów nie będzie. I ja się
pytam organizatorów – jeśli wiedzieli o tym wcześniej, to czemu
nie przenieśli imprezy na zamek albo do innej knajpy?? Dj-ów było
na tyle dużo, że można było spokojnie uszczuplić ich występy...
Dzień drugi:
Na zamek
dotarliśmy, gdy zaczynał japoński THE
ROYAL DEAD. Z powodów pogodowych
musieliśmy się szybko zmyć (dosłownie) i wróciliśmy dopiero na
ziomków z MIGUEL AND THE LIVING DEAD.
Wspomnę tylko, że muzycznie
THE ROYAL DEAD
niezbyt trafił w mój gust, za to
całkiem fajnie wyglądali.
MIGUELI bardzo lubię (tym
bardziej, że niewiele kapel tak gra) i na ten koncert bardzo
czekałem, jako, że nie było mi jeszcze dane zobaczyć ich na żywo.
Muszę tutaj zjechać techników, bo nagłośnienie nie było najlepsze
(trochę za głośno i dźwięk zlewał się w jedną papkę), jednak
koncert był całkiem fajny. Wokaliście nie można odmówić dobrego
kontaktu z publiką, ale na miłość boską, połowa rzeczy które mówił
nie była w ogóle śmieszna więc nie wiem czemu się tak wszyscy
cieszyli:) Potem nadszedł czas na DIORAME
na której w jakiś sposób
znalazłem się pod samą sceną. Nie jestem ich wielbicielem, ale
lubię ich puścić od czasu do czasu, natomiast o ich występie muszę
powiedzieć, że był naprawdę świetny. Bardzo dynamiczny (znacznie
bardziej niż na płytach), jednak trochę przeszkadzało mi
wyeksponowane umcy-umcy. EBM i okolice to nie moja działka i
spodziewałem się spokojniejszego synth-popowego występu, ale
reszta uczestników była wniebowzięta, a i ja specjalnie nie
narzekam:) Z wyżej wymienionego powodu koncerty PRIDE AND
FALL i SUICIDE COMMANDO
ominąłem szerokim łukiem.
Przyszła kolej na jedną z większych gwiazd tegorocznego festiwalu
czyli DIARY OF DREAMS
których lubię podobnie
jak DIORAME
– od czasu do czasu ale bez
przesady. Adrian i spółka tworzą interesującą muzykę, ale
przesłuchanie całego ich albumów zdrowo mnie męczy. O koncercie
mogę powiedzieć tylko tyle – taki o. Zagrali dosyć mocno,
gitarowo, ale mnie cały występ mimo że był niezły, strasznie
znudził i tylko wyczekiwałem kiedy się skończy. Do występu
IAMX nie
dotrwaliśmy, czego trochę żałuję, bo jest to cholernie ciekawy
projekt (jednak ustawianie ich jako gwiazdy festiwalu było LEKKĄ
przesadą...)
Dzień trzeci:
Ostatni – i
najważniejszy. Dzień otwierał bardzo sympatyczny akcent, czyli
MASSKOTKI.
Spodziewałem się występu dwóch
punczur - feministek, a dostałem dwie sympatyczne dziewczyny z
kocimi uszkami;) O wartości ich muzyki i tekstów można dyskutować,
ale i tak chyba wszystkim się podobało. Po prostu fajny koncercik
na dobry początek dnia. Po krótkiej przerwie na scenę weszli
panowie z CEMETERY OF SCREAM
którzy dali najbardziej metalowy
i nie powiem, całkiem niezły koncert tego festiwalu. Przyjęcie
przez ludzi było raczej niemrawe, ale to jednak nie jest
publiczność do takiej muzyki. DESDEMONA
która zagrała jako kolejna nie
zrobiła na mnie wrażenia, trochę za dużo elektroniki. Generalnie
tak o. Potem przyszła pora na rewelacyjne NFD
(ANGELSPIT
bez żalu opuściliśmy). Fanów The
Fields Of The Nephilim u nas nie brakuje, a piwo dla tego kto
znajdzie jakieś wyraźne różnice miedzy tymi zespołami. Bardzo
dobry koncert, zresztą to jedyna kapela na festiwalu gotyckim (sorry,
dark independent!) którą mogę z czystym sumieniem nazwać
gotykiem... Ale nie ma co płakać, bo już na scenę wchodzi polska
legenda czyli FADING COLOURS.
Koncert bardziej słyszałem niż
widziałem, a było co usłyszeć. Bardzo mocne nagłośnienie
(szczególnie wokalu) dało niezły efekt. W pewnym momencie jednak
zacząłem się trochę nudzić i tylko wyczekiwałem zakończenia, żeby
dopchać się jak najbliżej sceny przed
najważniejszym-i-całkowicie-olanym-zespołem tego festiwalu. Aż mi
się coś we flakach przekręca na myśl o tym, że taka legenda, tak
LEGENDA jak THE LEGENDARY PINK DOTS
została zepchnięta na piąte
miejsce w festiwalu... Tfu!!! Przecież ten zespół zrobił więcej
dla muzyki niż wszystkie prezentowane tu kapele razem wzięte, a
został tak potraktowany przez organizatorów, że wstyd i hańba.
Dziwi to tym bardziej, że nie da się nie zauważyć popularności
kropek w naszym kraju i wiele osób (w tym ja) przyjechało właśnie
dla nich. Nie muszę mówić, że był to najlepszy występ tegorocznego
Castle Party i jeden z najlepszych jakie dane mi było kiedykolwiek
widzieć, wykopujący całą resztę do worka z napisem "amatorzy". Nie
będę się więcej na ich temat rozpisywał, bo kto widział ten wie, a
kogo nie było niech żałuje. Przed koncertem MORTIISA
zrobiło się nagle strasznie
tłoczno, więc usunęliśmy się na taktyczne miejsce na murku.
Wielkim zawodem było, że fani nie zobaczyli legendarnych uszu i
nochala pana Mortiisa, bo niestety zmienił image na "właśnie
wyszedłem z kopalni i się nie umyłem":) Nie znam ostatniej płyty
MORTIISA wiec potężnie
się zdziwiłem gdy w uszach zaryczały mi gitary. Widać historia
zatacza krąg i po wieloletnim graniu ambientu i krótkim romansie z
muzyką pop (nie da się inaczej określić Smell Of Rain, co nie
zmienia faktu że ten album był całkiem całkiem) Mortiis powraca do
metalowych korzeni. Dobrze to czy źle? Osobiście najbardziej cenię
sobie jego wcześniejsze osiągnięcia i trochę żałuję, że odszedł
już od tych "dungeonowych" klimatów. Koncert podobał mi się tak o
z plusem. No dobra, z dwoma plusami. Festiwal dobiegał końca,
pozostała tylko gwiazda czyli FRONT LINE ASSEMBLY,
zespół z najdłuższym, zaraz po Dotsach, stażem i też niemałymi
zasługami. Znam ich średnio i też średnio lubię. Ich trzy albumy
które posiadam nigdy mi się specjalnie nie podobały i spodziewałem
się, że zwiniemy się w trakcie ich koncertu, co się zresztą
sprawdziło. Brzmienie było dobre, wyglądali też bez zastrzeżeń,
może oprócz wokalisty który zniechęcił mnie do siebie skakaniem po
scenie jak głupi. Nie tego się po nim spodziewałem.
Przesłuchaliśmy kilka kawałków i wybyliśmy z zamku do ciepłego
łóżeczka (oj zmarzło się w tym Bolkowie, zmarzło...)
To tyle jeśli chodzi
o koncerty. Dodam jeszcze, że jednym z sympatyczniejszych akcentów
festiwalu był lekko chwiejny, brodaty koleś w białym fartuchu(?)
który rozłożył się z płytami na górce koło zamku i zaczepiał ludzi
krzycząc "Kupcie płytę, chwalcie Pana":) I chwała – jemu - że nas
zaczepił, bo takiego cennika jeszcze nie widziałem 30zl za płytę w
plastiku, 15 za digipack (dlaczego??), a miał chłop co nieco do
sprzedania. Chwała należy się także mieszkańcom Bolkowa, którzy
zwietrzyli interes i w tym roku co krok na drodze do zamku
porozstawiali miejsca z jedzeniem, które skutecznie konkurowały z
tymi na zamku. Nie dość, że taniej, to jeszcze zadaszone. Żyć nie
umierać. |
|