| |
"Dwie zasługi
industrialu"
Adam T. Witczak

Prawie trzydzieści
lat temu, w roku 1977, na rynku muzycznym – tym podziemnym, rzecz
jasna – pojawia się debiutancka płyta Throbbing Gristle – „Second
Annual Report”. Wkrótce szturm przypuszcza Blixa Bargeld ze swoim
Einsturzende Neubauten, w międzyczasie awangardowe
performance urządzają eksperymentatorzy z SPK, a na drugim
końcu świata zaczyna dłubać, zgrzytać i charczeć Japończyk Masami
Akita, czyli znany i lubiany Merzbow. Pierwsza połowa lat
80-tych przynosi ze sobą dokonania słoweńskiego kolektywu
Laibach, mieszającego najnowsze osiągnięcia awangardowej
elektroniki z estetyką totalitarną i rockowo-popowymi smaczkami.
Panie i
panowie – rewolucja rozpoczęta. Pojęcie „muzyka industrialna” (lub
krócej „industrial”), ukute przez grupę skupioną wokół Genesisa P.
Orridge’a wciąż jeszcze nie jest dobrze znane milionowym rzeszom
szarych słuchaczy popkulturowego papu, tym niemniej sukcesywnie
zakres jego oddziaływania się zwiększa. Mało tego – tu i ówdzie
widać pewną modę na to słówko: oto mamy „rock industrialny”,
„industrialne smaczki”, „elementy metalu i industrialu” etc. Rzecz
jasna często są to jawne nadużycia, ale z drugiej strony – czym
właściwie jest muzyka industrialna, jaka jest jej zadowalająca
definicja? Podgatunków porobiło się wszak mnóstwo: power
electronics, harsh noise, electro/EBM, dark/industrial ambient,
nowa elektronika, posttechno, plądrofonia, industrial rock,
industrial metal, wreszcie: scena militarna. Wszystkie te
rozgałęzienia wywodzą się właśnie z industrialu, a w każdym bądź
razie silnie z niego czerpią.

Definiowanie industrialu jako muzyki opartej na dźwiękach
określonego rodzaju wydaje się dziś prowadzić do nikąd, bo jakżeż
miałaby brzmieć taka definicja? Muzyka oparta na hałasie i
dźwiękach maszyn fabrycznych? Jest całe mnóstwo projektów, które
zalicza się do jakiejś odmiany industrii, a jednak brzmienia
stricte przemysłowe pojawiają się tam stosunkowo rzadko. Odmiana
rocka wzbogacona o brzmienia elektroniczne, dźwięki ostre i
prowokujące? Bzdura, większa część industrialu ma niewiele
wspólnego z jakimkolwiek rockiem. A w ogóle to okazuje się, że
nawet i elektronika nie jest konieczna do robienia tego typu
muzyki, o czym świadczą projekty konstruujące dźwięki z
najróżniejszych materialnych odpadków współczesnego świata.
Gdybyśmy
zaatakowali od drugiej strony – industrial jako wehikuł idei,
pewnego szczególnego przesłania łączącego projekty... Ba, ale czy
takie w ogóle jest? Mamy zwykłych eksperymentatorów, skupionych
tylko na dźwięku, mamy neopogan, mistyków, magów, badaczy dewiacji
i perwersji, aktywistów skrajnie lewicowych i skrajnie
prawicowych. Prawdziwy konglomerat, wielki kolaż idei.
Na
potrzeby tego artykułu przyjąłbym więc następującą definicję:
muzyka industrialna to zbiorcze określenie wielu rozmaitych
gatunków muzyki współczesnej, których wspólną cechą jest z jednej
strony – w warstwie sonicznej – wyjście poza klasyczny zestaw
brzmień muzycznych i sięgnięcie po wszelkiego typu dźwięki
niemuzyczne, szmerowe, hałaśliwe, samplowane z rozmaitych źródeł,
wielokrotnie przetwarzane etc. – a z drugiej strony (w warstwie
przekazu) – opis kondycji człowieka i cywilizacji społeczeństwa
postmodernistycznego, przemysłowego i informacyjnego, opis nie
stroniący od ukazywania ciemnych stron panującej epoki, nie
stroniący od taktyki szoku i szyderstwa.

Tytuł
tych wywodów brzmi Dwie zasługi industrialu i ma to pewien
sens. Za pierwszą zasługę muzyki industrialnej uważam otwarcie
muzyki na świat hałasu. Oczywiście – pierwszy był Luigi Russolo ze
swoim intonarumori, potem cała rzesza eksperymentatorów pokroju
Cage’a, Ligyetego, Stockhausena etc. Wszyscy oni byli jednak
przedstawicielami bardzo akademickiego środowiska tzw. „muzyki
współczesnej”, oderwanego od popkulturowej codzienności.
Industrial stworzył pomost między eksperymentami owych
kompozytorów, a światem młodzieżowego undergroundu, klubów
muzycznych, światem rocka i domowych studiów. Industrial otworzył
na oścież puszkę Pandory, którą hermetyczna awangarda raptem lekko
ponakłuwała, wyzwalając pierwsze nieśmiałe zgrzyty. Ale pod koniec
lat 70-tych nastąpiła eksplozja – hałas wymknął się spod kontroli,
szalony, ekstremalny, ale będący wszak nieodłącznym elementem
codzienności, życia w świecie rozwrzeszczanych tłumów i wiecznie
łomoczących machin. Od tej chwili może wydarzyć się wszystko.
Modelowym przykładem jest tu wspomniany już Merzbow – w
muzyce Masami Akity jest pewien porządek, pewna zagadkowa harmonia
– ale to paradoks, wszak trzonem pozostaje chaos i hałas, w którym
splatają się ze sobą tysiące dźwięków. Pisząc te słowa słucham
albumu „1930”. To dźwięki tęczy: feeria barw, układających się w
przecudne, zaplątane i nawarstwiające się struktury, zrozumiałe
jednak tylko dla wtajemniczonych. Albowiem tworzywem nie są tu
brzmienia klasycznych instrumentów: noise otwiera nas na dużo
szersze spektrum brzmień. I z początku jest ciężko, tak samo jak
ciężko czasem otworzyć okno zapyziałego pokoju, by wpuścić do
środka ożywczy powiew mroźnej burzy śnieżnej. Jak mówi polski
artysta noise, Zbigniew Karkowski:
"Nie podoba mi się to, że gdy
pisze się nuty, pierwsze co trzeba zrobić, to ustalenie wysokości
dźwięku. Mnie interesuje sam dźwięk - to nie ważne, czy jest to C,
D, A, czy B. I nieco dalej: Noise to w zasadzie wszystkie
dźwięki, podczas gdy w poważnej muzyce używa się zwykle
niewielkiego wycinka skali."

Czy
hałas to afirmacja brzydoty? Tak może być, ale – interpretacji industrialu jest mnóstwo. Owszem – hałas jako sposób opisu zjawisk
patologicznych, perwersyjnych, wyklętych (Genocide Organ,
Whitehouse, Suttcliffe Jugend), ale także hałas jako
źródło krańcowych doznań estetycznych (coś w rodzaju sportów
ekstremalnych: wielkie ryzyko i wielkie emocje), hałas jako zgoła
infantylna zabawa dźwiękiem (rodzime XV Parówek), wreszcie:
hałas jako rytuał oczyszczenia (zalecam kilka utworów Merzbow
lub Masonny po ciężkim, nudnym i przytłaczającym dniu w
pracy lub szkole – to lepsze niż kubeł zimnej wody...). Ważne jest
także to, że owo osiągnięcie muzyki industrialnej stopniowo
zaczęło przenikać do innych stylów muzycznych, do popkultury. To
słychać – w zespołach electro, techno, w kapelach rockowych etc.
Eksperymentalne intra, przerywniki, niesamowite efekty,
balansowanie na pograniczu muzyki i czystego zgiełku – często
korzenie tych zabaw tkwią właśnie w rewolcie industrialu, nawet
jeśli sami artyści nie do końca zdają sobie z tego sprawę.
Industrial odmienił więc oblicze muzyki, dając jej nowy zakres
dźwięków, otwierając setki nowych komnat w sonicznym labiryncie.

Kwestia druga
– po szmerach i zgrzytach – to technika przedstawiania słuchaczowi
przekazu. Do podstawowego zestawu technik industrialu
(we wszelkich jego odmianach, od noise po military) należą
wszelkiego rodzaju gry skojarzeń, aluzje, pastisze, sugestie,
niedopowiedzenia, parodie etc. To jest potężna, ale i tajemna broń
– niekoniecznie otwarte teksty, jak w rockowych piosenkach, ale
właśnie techniki bardziej subtelne. Można rzec: obrzydzanie przez
pozorne zachęcanie, zachęcanie przez pozorne obrzydzanie. Utwory
wielu grup industrial roją się od fragmentów politycznych
przemówień (nieraz z kręgów największych totalitaryzmów), od
strzępków piosenek popowych i reklamowych, od sampli z utworów
żołnierskich i patriotycznych, od wycinków z radia i telewizji, a
wszystko to mieszane jest niczym w tyglu – niekiedy przypadkowo,
często jednak z określonym zamysłem. Pierwszy z rzędu przykład:
Von Thronstahl – "Bellum Sacrum Bellum?" – płyta kapeli,
która oczywiście nie przynależy do esencjonalnego kanonu gatunku,
raczej balansuje gdzieś na przecięciu militarnego industrialu,
rocka, electrobeatów i neofolku, ale może właśnie dlatego skupia w
sobie jak w soczewce to, o czym pisałem. Sam tytuł: Wojna,
święta wojna.... Ale znak zapytania na finiszu – a to
zasadniczo zmienia znaczenie... Co w środku, na krążku? Ano,
relacje telewizyjne i radiowe z Bliskiego Wschodu, krzyki
maszerujących żołnierzy, europejskie pieśni wojskowe, kazania,
okrzyki, melodie orientalne, mało tego: ostre, piorunujące rytmy
zespolone z patetyczną symfoniką. Słowem – kalejdoskop, z którego
wyłania się jednak pewne przesłanie... Jakie? Zachęcam do
pomyślunku... A poza tym warto poznać także prowokacje Laibach,
Death In June czy dziesiątek innych projektów, specjalizujących
się w prowokacji, demaskacji i we wszelkim innym przekomarzaniu
się ze słuchaczem. Weźmy słynny cover "Life is Life" w
wykonaniu Laibach: muzycznie to coś na kształt
monumentalnej pieśni masowej, niesionej głosami fanatycznego
tłumu… To 1 maja w Moskwie w apogeum stalinizmu, to Parteitag w
Norymberdzie, marszowe rytmy odmierzają czas, który pozostał do
ostatecznej kulminacji siły... Genialny utwór – pozornie bardzo
muzyczny, melodyjny etc. – ale z ducha industrialny, industrialny
do potęgi! Monumentalny pastisz i muzyki pop, i totalitaryzmu,
dokonany nowoczesnymi technikami artystycznymi. A przecież
techniki podobne do laibachowskich i w ogóle industrialnych
przejęły liczne zespoły rockowe, od czasu do czasu ubarwiające
swoje utwory samplowanymi kolażami, cytatami i aluzjami. Kolejny
przykład przesiąkania...

Jest rok
2006, burza trwa już 30 lat. Ile potrwa jeszcze? Zapewne tyle, ile
będzie trwał ten świat – świat, który zrodził muzykę industrialną.
Albowiem każda epoka ma taką muzykę, na jaką zasługuje, taką, jaka
najlepiej oddaje jego naturę. To proces nieuchronny –
społeczeństwo drugiej połowy XX wieku musiało doczekać się industrialu. Tak oto rzuca nam się prosto w twarz nas samych i to,
co wykreowaliśmy wokół siebie – ale wszystko to dodatkowo
przepuszczone przez krzywe zwierciadło szyderstwa. Burza trwa, a
dokoła narasta pstrokacizna i śmietnisko. Czym to się skończy?
Cóż, być może niektórzy z nas dożyją czasów, gdy wszelka
dzisiejsza muzyka i kultura umrze, a na gruzach Europy i Ameryki
grupki koczowników dodawać będą sobie otuchy pierwotnym śpiewem i
brzmieniami pasterskich fletów...
Dziś
jednak hałas jeszcze króluje. Kiedyś może zje sam siebie...
Adam Witczak,
atwt@poczta.onet.pl
|
|