| |
"Witajcie
w kostnicy"
Adam T. Witczak

Przyznam, że kiedy
rok czy dwa lata temu czytywałem sobie wywiady z Marco
Corbellim, nie bardzo wiedziałem, jak się ustosunkować do jego
osoby i wypowiedzi. Moje wrażenia oscylowały wokół dwóch
skrajności – albo gość jest niebywałym pozerem, precyzyjnie
budującym nihilistyczny image sceniczny, albo… albo ma przerąbane
życie i nieźle namieszane w głowie.
Fakt, że
Corbelli wiosną roku 2007 odebrał sobie życie drogą powieszenia,
przemawia na korzyść drugiej interpretacji – chyba, że uznać
samobójstwo za rozmyślny, finalny akt kreacji artystycznego
wizerunku…
Włoch straszył na
scenie noise/power electronics już od roku 1992, kiedy to
wystartował kasetą "In Search Of Death" – był to pierwszy materiał
sygnowany złowieszczą nazwą ATRAX MORGUE, na którą składa
się określenie pewnego gatunku jadowitego pająka ("atrax robustus")
oraz "morgue" – czyli swojska kostnica. Nazwa dopasowana idealnie
do muzyki, która się za nią kryje. W ciągu kilkunastu lat
działalności na scenie Corbelli zdołał sobie wyrobić opinię
specjalisty od tematyki śmierci, rozkładu, psychozy i paranoi. "Od
obsesji... do obsesji" – jak głosi hasło z oficjalnej strony
projektu. Warto dodać, że wiele materiałów Atrax Morgue ukazało
się nakładem Slaughter Records – własnej wytwórni Marco
Corbellego.
Muzyka
ATRAX MORGUE nigdy nie była przesadnie skomplikowana. Jak mówił
Corbelli w wywiadzie dla magazynu Esoterra:
"Używam
analogowego syntezatora, mikrofonu połączonego z multi-efektem,
taśm i miksera. Tylko tego. Jak łatwo zauważyć, to naprawdę tani
sprzęt, ale ja sądzę, że najważniejszą rzeczą, jakiej musisz użyć
do tworzenia muzyki, jest twój umysł."
Za pomocą tego instrumentarium Włoch kreował iście obłędną
atmosferę. Zarazem płyty ATRAX MORGUE, choć zbudowane są w oparciu
o proste motywy, to jednak znacząco różnią się między sobą. Czasem
jest to ściana surowego noise, kiedy indziej dominuje potwornie
zdeformowany głos (vide groteskowy, przerażający materiał "Sweetly"),
innym razem Corbelli serwuje słuchaczowi okrutny, opustoszały
ambient, wypełniony uporczywym buczeniem, odległymi głosami
ludzkimi i nieokreśloną głębią (jak to jest np. w przypadku albumu
"I visi morbosi di una giovane infermiera").
Najbardziej charakterystyczną cechą ATRAX MORGUE jest tematyka
kolejnych płyt – niemal zawsze obracająca się w kręgu "medycznego
horroru". Tu właśnie pojawia się pytanie: na ile klimat muzyki
Corbellego jest zasługą samego dźwięku, a na ile efektem
oddziaływania specyficznego image’u, który wytworzył wokół siebie
dzielny Włoch? Trudno powiedzieć, faktem jest jednak, że jego
noise w połączeniu z okładkami płyt i tytułami utworów smakuje
wyśmienicie, jeśli ktoś chce spojrzeć na świat oczami socjopaty.
Istotnie, z wywiadów wyłaniała się osobowość posępna, zniechęcona
do świata i cyniczna. Był to obraz nie tyle smutny, co wręcz
przygnębiający, ale jakby nie patrzeć, ten aspołeczny nihilizm
doskonale współgrał z twórczością. Możnaby rzec, że ATRAX MORGUE
to zapętlona przejażdżka na trasie: szpital-kostnica-miejsce
zbrodni.
Zerknijmy tylko na tytuły z albumu "Collection in Formaldehyde":
"Obsesja na tle igieł", "Aseptyczne pomieszczenie", "Parafilia",
czy "Trauma post-operacyjna". Oddajmy głos Corbellemu:
"Odczuwam obsesję
na punkcie śmierci i myślę, że to wyraźnie czuć we wszystkich
moich pracach. (...) Osobiście postrzegam śmierć jako piękną
kobietę. Czy to nie atrakcyjne: być zniszczonym przez obiekt
pożądania?"
Warto dodać, że na początku lat 90-tych Corbelli wydawał magazyn "Murders",
poświęcony m.in. nekrofilii, seryjnym mordercom i muzyce
industrialnej...
"Postrzegam moją muzykę jako
egzorcyzm i katharsis" –
mówi lider ATRAX MORGUE w wywiadzie dla Acephale. Jest to zresztą
jedna z częstszych interpretacji ekstremalnego industrialu – jako
muzyki prowadzącej do oczyszczenia i to niczym silnie żrący
detergent. Twórczość projektów takich jak ATRAX MORGUE nadaje się
do tego bardzo dobrze – jest i hałaśliwa, i nastrojowa – jeśli
lubicie mdłe światło szpitalnych korytarzy, jęki dobiegające zza
drzwi pokoju bez klamek, podejrzane plamy krwi na posadzce,
atmosferę osaczenia... To jak czytanie Kinga albo Koontza – co za
dużo, to może i niezdrowo, ale przecież nie zaszkodzi spróbować...
Wszak od czasu do czasu niemal każdy z nas lubi się bać... Jakby
nie patrzeć, nie jest powiedziane, że sztuka ma traktować tylko o
tym, co słodkie i przyjemne, bo to, co straszne – także istnieje i
od czasu do czasu może stać się bardzo bliskie i namacalne. No
i podobno wszystko ma swoje wyższe znaczenie w ogólnym porządku
rzeczy…

Adam T.
Witczak
|
|